Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Recenzje prasowe

Recenzenci o Wolanowskim
(wybór fragmentów) 

.

.

Wrodzona każdemu człowiekowi ciekawość obcych krajów, odmiennych obyczajów, nieznanej przyrody, innego pejzażu - przyciąga czytelników do literatury podróżniczej, cieszącej się zawsze olbrzymią popularnością. Kto sam nie może jechać dokąd własne oczy poniosą, ten chętnie ogląda świat choćby oczami cudzymi. Oczywiście, lżejsza literatura podróżnicza, którą określa się teraz zazwyczaj mianem „reportażu”, bywa rozmaitej wartości. Autor, który nie umie zboczyć z utartego szlaku komunikacyjnego, a bawiąc w obcym kraju niewiele wychyla się poza obręb hotelu, czy lokalu rozrywkowego, lub gdy nawet posiada w sobie niezbędną ciekawość lecz brak mu wiedzy czy daru przekazania swych obserwacji w sposób barwny i interesujący - temu darmo marzyć o laurach dobrego reportażysty. O Lucjanie Wolanowskim można bez przesady powiedzieć, że posiadł on w wysokim stopniu wszystkie te cnoty pisarskie, jakie pragniemy odnaleźć u doskonałego reportażysty.

T.S. [Teofil Syga], Opowieści wędrownicze, Stolica nr 6, 8.02.1959. [o książce pt. Dokąd oczy poniosą..., 1958]

*   *   *

Autor nie popełnia szeregu błędów, jakie zdarzają się jego kolegom po piórze. Po pierwsze - nie raczy nas opisami  w s z y s t k i e g o  co przebył i przeżył w chronologicznym porządku, od opuszczenia Dworca Głównego poczynając. [...] Pisze nie chronologicznie a problemowo, w sposób starannie przemyślany. Nie demonstruje swojego notesu reporterskiego, uważając go zapewne za intymną część duchowej garderoby - lecz starannie przepisany w domu maszynopis. [...] Wolanowski zna sekret reporterskiego powodzenia; wie, że musi się przed czytelnikiem zdemaskować, pokazać mu swoje „ja”, [...] jest taktownym, miłym, nie narzucającym się towarzyszem podróży. Nie popisuje się, na odwrót - znając ludzką psychologię - dyskretnie podkreśla swoje drobne niepowodzenia, śmieszne słabostki i ciągoty. [...] Elegancja, zwięzłość i, chciałoby się powiedzieć,  s k u t e c z n o ś ć  w trafianiu w istotę opisywanego świata - oto cechy pisarstwa Wolanowskiego. A także nie wymęczony, lecz spontaniczny dowcip, nadający całej książce ton pogodny, lekko kpiarski, a miejscami, np. wówczas gdy mowa o tym, czego moglibyśmy się nauczyć od zagranicy - satyryczny.

Andrzej Drawicz, Miła podróż z Wolanowskim, Żołnierz Wolności, nr 32, 16.02.1959. [o książce pt. Dokąd czy poniosą..., 1958]

*   *   *

W książce Wolanowskiego jest trochę historii, w sam raz tyle ile trzeba do naświetlenia charakteru Norwegów lub Szwedów; jest trochę polskich spraw, i to nie tylko tych wczorajszych z drugiej wojny światowej, lecz i dzisiejszych, pokazujących pamiętliwą wdzięczność Holendrów z Bredy - miasta, które nie tylko zdobyła, lecz i ochroniła przed zniszczeniem I Polska Dywizja Pancerna; są ciekawe karty wysiłków udanych i nieudanych Polskiego Ratownictwa Okrętowego, jest kilka wzruszających legend i kilka sylwetek ludzkich. Nie ma w niej natomiast opisów krajobrazów ani miast (z wyjątkiem wspaniale opisanej Kiruny!), nie przeżywa się turystycznych emocji, bo autor nie czuje się już turystą, lecz tylko dziennikarzem. Z książki tej wiele się dowie czytelnik o Szwedach i Szwajcarach, Norwegach czy Anglikach, przypatrzy się ich obyczajom, życiu, umiejętności robienia interesów [...].

Mieczysław Fleszar, „Dokąd samolot poniesie...”, Nowe Książki, nr 4, 25.02.1959. [o książce pt. Dokąd czy poniosą..., 1958]

*   *   *

.

.

Po poznaniu setek faktów i obserwacji wyłania się przed nami bardziej uchwytny obraz współczesnej społeczności japońskiej. Obraz ten jest tym jaśniejszy, że Wolanowski powołuje się często na przykłady historyczne. [...] Ta metoda ustawicznego porównywania współczesnej Japonii zarówno z jej historią, jak i z naszą współczesnością przyniosła piękne rezultaty w postaci książki i pouczającej i ciekawej. Japonia bowiem „żyje nieustannie na styku między jutrem z zamierzchłą historią. Jest to kraj, gdzie wszystko odbywa się inaczej, gdzie skok od samuraja do budowniczego największych zbiornikowców świata dokonał się w niespełna sto lat. Japońska restauracja stosuje w kuchni paleniska na promieniach podczerwonych, ale goście kucają na matach i obuwie oddają do szatni”. Kraj kontrastów i sprzeczności, nowoczesna cywilizacja i stary obyczaj.

T.S. [Teofil Syga], W kraju tysiąca zagadek, Stolica, 18.02.1962. [o książce pt. Zwierciadło bogini. Reporter w kraju tranzystorów i gejsz, 1961]

*   *   *

Komu wola w dalekie światy, tego najpierw szczerze zapraszam do przejrzenia się w Zwierciadle bogini Lucjana Wolanowskiego; wznowionej właśnie relacji reporterskiej z Japonii. Rzecz łączy wyjątkowo harmonijnie zalety solidności i atrakcyjności. Oprawiona w lot dookoła świata, przyprawiona wieloma atrakcyjnymi smaczkami, demonstruje przy tym bardzo solidną erudycję: z kolorowej mozaiki małych rozdziałków składa się tu spory kawał wiedzy o kraju, z którego nazwą wypada już dziś kojarzyć coś więcej niż kwitnącą wiśnię i zaśnieżoną Fudżijamę.

Andrzej Drawicz, Palcem po mapie, okiem po książce, Sztandar Młodych, nr 232, 28.09.1962. [o książce pt. Zwierciadło bogini. Reporter w kraju tranzystorów i gejsz, wydanie II, 1962]

*   *   *

.

 

.

Wolanowski - jak zazwyczaj - nie poddaje się taniej, czysto zewnętrznej fascynacji egzotyką. Jego reportaż - to rezultat niezliczonej ilości rozmów i spotkań, wielu godzin spędzonych na salach sądowych i szperania w pożółkłych zszywkach kolonialnych gazet. Wszystko to - łącznie ze studiami historii Hongkongu, legend i anegdot krążących wśród ludzi - stało się dla autora kluczem do zrozumienia problemów dnia dzisiejszego tego terytorium, gnębiącego nędzą, brakiem wody, chorobami, tajfunami.

hg., Reporterski zwiad w Hongkongu, Kurier Polski, nr 38, 14.02.1963. [o książce pt. Klejnot Korony. Reporter w Hongkongu w godzinie zarazy, 1963]

*   *   *

W książce Wolanowskiego temat epidemii przewija się jako nić przewodnia poprzez szeroko rozbudowane sceny z życia Hongkongu. Oczywiście nie idzie nam tylko o panoramę wizualną, znakomicie zresztą ukazaną przez reportera; ciężar gatunkowy nadaje bowiem tekstowi pasja drążenia faktów aż do ich korzeni, każdy sugestywny opis czy zgęszczenie barw służy wydobyciu prawdziwej  s u b s t a n c j i  tego miasta, które z uwagi na swe położenie i osobliwą rolę, skupia w sobie niby w powiększającej wielokrotnie soczewce wszystkie znaki szczególne Dalekiego Wschodu.

Czytelnik odnosi niejednokrotnie wrażenie, jak gdyby reporter utożsamiał się z tłumem, miotanym na przemian nastrojami grozy i nadziei; wszechobecny niepokój podsycają również inne manifestacje żywiołów: kiedy zaraza nawet chwilami przycicha, na widowni pojawia się niszczycielski tajfun „Lorna”, częsty gość w tych stronach.

Po chwili jednak dystans autorski wobec tematu znowu się wydłuża, gdy dla oceny wypadków potrzebna jest odpowiednia perspektywa. Przez ciągłe tasowanie planów, bliskich i dalekich, autor stara się ukazać filmową, nowoczesną „trójwymiarowość”. Udaje mu się to w pełni, gdyż jednocześnie ani na chwilę nie wymykają się spod jego kontroli założenia konstrukcyjne książki.

(z.a.), W cieniu żółtej flagi, Świat, nr 8, 24.02.1963. [o książce pt. Klejnot Korony. Reporter w Hongkongu w godzinie zarazy, 1963]

*   *   *

Instynkt rasowego reportera podyktował karty tej książki. Wypadki zresztą i sceneria tego arcyegzotycznego punktu naszej ziemi pomogły autorowi. Hongkong, mikroskopijna enklawa brytyjska na kontynencie chińskim jest sam już dostatecznie kolorowy i naładowany konfliktami losów ludzkich i paradoksów historycznych, by wystarczył za temat do reporterskiej przygody. Cóż dopiero, gdy pisarza z dalekiego północnego kraju w kilka godzin po rozpakowaniu walizek w hotelu atakuje wiadomość o epidemii dżumy w Hongkongu.

Wolanowski znakomicie wykorzystał tę okazję. Sporządził książkę, w której meldunki z pola walki przeciwko tej straszliwej chorobie wplecione są w zwykły rytm życia kilkumilionowej masy ludzkiej wciśniętej w ten skrawek lądu. Prowadzi swoją relację w sposób zobiektywizowany, ze zwykłym dla swojej reporterskiej maniery dystansem, podbudowanym spokojną refleksją człowieka bywałego.

R. Kos., Reportaż z zadżumionego miasta, Życie Literackie, nr 23, 9.06.1963. [o książce pt. Klejnot Korony. Reporter w Hongkongu w godzinie zarazy, 1963]

*   *   *

.

.

Z anegdot, ze szczegółów, z migawek obyczajowych, aluzji historycznych i zapisków z dni osobistych składa się całość daleka od pedanterii i wolna od balastu antyreporterskich statystyk, ale za to żywo wtopiona w teraźniejszość opisywanego kraju - teraźniejszość polityczną, społeczną i przede wszystkim obyczajową, nie stroniącą zresztą od prób syntezy, z której wnioski i ocena ogólna należą już do czytelnika.

Jan Alfred Szczepański [JASZCZ], Z bliska i z daleka, Trybuna Ludu, nr 222, 13.08.1963. [o książce pt. Księżyc nad Tahiti... Reporter na wyspach mórz południowych, 1963]

*   *   *

.

.

Dalej niż daleko - przynosi relację z podróży po czterech krajach. Nowej Zelandii (gdzie - jak pisze autor – „na jednego mieszkańca wypada aż dwadzieścia owiec, a barani Figaro cieszy się taką sławą, jak co najmniej mistrz sceny i pióra”); Nowej Gwinei (istnieją na tej wyspie obszary, których nie dotknęła jeszcze stopa białego człowieka, mnóstwo wsi oznacza się jedynie na podstawie zdjęć lotniczych); Malajzji (z mozaiką wierzeń, tradycji, ze skomplikowaną sytuacją narodowościową tego nowego tworu) oraz Kambodży (a ściślej - kambodżańskiej dżungli).

W całej tej wyprawie Wolanowskiego interesuje, jak zwykle zresztą, nie tyle egzotyka krajobrazów, ile pejzaż ludzki. Relacjonując swe wojaże nie zagłębia się w problematykę polityczną ani ekonomiczną, nie kusi się też o jakieś syntezy, ukazuje po prostu dzień dzisiejszy mieszkańców tych krajów, rzucając pewne światło na panujące stosunki społeczne, gospodarcze, kulturalne, obyczajowe.

Beata Sowińska, Podróże dalekie i bliskie, Życie Warszawy, nr 56, 6.03.1965. [o książce pt. Dalej niż dalekoReporter na Nowej Zelandii, Nowej Gwinei, w Malazji i Kambodży o dolach i niedolach, radościach i smutkach lądów i ludów oglądanych dalej niż daleko, 1965]

*   *   *

Wolanowski w swym odkrywaniu świata nie zdaje się na przypadek; nie podróżuje ot tak sobie - z kontynentu na kontynent, z kraju do kraju z miasta do miasta, licząc na łaskę przychylnego dla reportera losu. Do każdej wyprawy przygotowuje się solidnie, na długo nieraz przed jej rozpoczęciem. Nakreśla szczegółowy plan tego, czego będzie szukał w danym kraju, co śledził i badał. Myślą zaś przewodnią planu jest ukazanie doli i niedoli, radości i smutków, będących codziennym udziałem ludzi, którzy żyją w egzotycznych dla Polaka krajach. [...]

Ma on nieprzeciętny  z m y s ł o b s e r w a c y j n y  i - źródłem tego jego talent pisarski - znakomicie opanowaną umiejętność zainteresowania czy nawet zaintrygowania czytelników. Osiąga to przede wszystkim dzięki precyzyjnej selekcji materiału i poprzez aptekarskie niemal wyważenie tematów. Jest - jak trafnie napisał Stanisław Zieliński w recenzji „Dalej niż daleko” –  „k o l e k c j o n e r e m  r z e c z y  c i e k a w y c h”.  Cenna to cecha u reportera, zwłaszcza w dobie, gdy świat kurczy się niemal z dnia na dzień, gdy dzięki środkom masowego przekazu każdy człowiek otrzymuje codziennie solidną porcję informacji bieżących i gdy może - choćby teoretycznie - w ciągu kilkudziesięciu godzin znaleźć się na drugiej półkuli.

Druga cecha pisarstwa Wolanowskiego - to wrażliwość na tragedie ludzkie, dążenie do walki ze złem, czyli - mówiąc pełniej -  z a a n g a ż o w a n i e.  Wolanowski nie tylko opisuje świat, ale chce go zmienić. [...]

Krystyna Goldbergowa, Słownik polskich pisarzy współczesnych - Lucjan Wolanowski, Tygodnik Kulturalny, nr 6, 5.02.1967.

*   *   *

.

.

Lucjan Wolanowski ma już za sobą trzy podróże dookoła globu, z czego jedną szlakiem pod Biegunem Północnym. Pływał z australijską flotą wielorybniczą, na pirodze wokół Bora - Bora, na dżonce na wodach chińskich i na statku obsługującym latarników Morza Koralowego, na odmianę przesiadał się na słonia, docierał stateczkiem portowym na wysepkę Makatea, zwaną piekłem Pacyfiku, na miejsce kaźni komunardów koło Nowej Kaledonii, asystował wybuchowi cholery w Hongkongu, rzucało go po świecie od kulis Domu Mody w Paryżu po palarnie opium w Azji, od kaznodziejów w Genewie po szpitale trędowatych na antypodach. [...]

Wolanowski jest dobrym technikiem. Docenia barwę liczby, ale woli jej nie podawać na surowo, tylko w porównawczych kontekstach. Zrywa też z nieznośną manierą, która w pierwszym ustępie każe autorowi zaczynać per „już w starożytności”, następne dwa poświęcać zastrzeżeniom, że „aczkolwiek, to z drugiej strony”, wygradzając się od zarzutów i dopiero w czwartym albo i w dalszym ustępie dowiaduje się de quois s’agit-il, jak miał niecierpliwie przecinać raporty Foche. Wolanowski lubi startować zbliżeniem. Po zbliżeniu natychmiast - zdjęcie szerokokątowe. Problem. Reportaż wywodzi się z dziennikarki albo literatury. U Wolanowskiego raczej z dziennikarki.

Melchior Wańkowicz, Porcja smaków, Nowe Książki, 15.12.1967. [o książce pt. Ocean nie bardzo SpokojnyReporter na Tahiti i Bora Bora, na Fidżi i Nowej Kaledonii, Nowej Zelandii i Nowej Gwinei, na wielu innych wyspach rozsianych po Oceanie Spokojnym, na Malajach i w Singapurze, Hongkongu i Kambodży; o dolach i niedolach, radościach i smutkach lądów i ludów w rejonie Pacyfiku, 1967]

*   *   *

.

.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Wolanowski spędził w Australii połowę życia. Wszędzie był, wszystko widział, opisał najciekawsze i charakterystyczne drobiazgi nie pomijając ani historii, ani spraw generalnych. [...] Wolanowski należy do wielbicieli, jak pisze, talentu E. E. Kischa. Trzeba jednak stwierdzić, że uczeń przeszedł mistrza. Wolanowski jest lepszy. Dlaczego? Trzeba wierzyć na słowo, tak jak książce. Humor Wolanowskiego wydaje mi się, mimo wszystko, bliższy. „Gdyby ludzie jaskiniowi umieli się śmiać, to historia potoczyłaby się inaczej”. Tak, wierzyć na słowo. Bo któż pojedzie tylko po to, żeby przeliczyć 175 milionów sztuk owiec i 19 milionów sztuk bydła? Wolanowski zalicza się do reporterów „z adresami”. Wie, czego należy szukać, którędy i przez kogo.

Stanisław Zieliński, Koneser bumerangów, Kultura, nr 34, 25.08.1968. [o książce pt. Poczta do Nigdy-Nigdy. Reporter w kraju koala i białego człowieka, 1968]

*   *   *

Dzień dzisiejszy opiera Wolanowski o tradycję historyczną bardzo odległą, bo sięgającą początków osadnictwa - kryminalnego zresztą - na tych terenach, życie w miastach i w osadach białych farmerów konfrontuje z sytuację czarnych autochtonów, obyczaje przeplata z polityką, ekonomię z militariami, szkolnictwo - z wyczerpująco zarysowaną charakterystyką australijskiej wielonarodowościowej społeczności. [...]

Ireneusz J. Kamiński, Poczta do Nigdy-Nigdy, Kamena, nr 18, 1.09.1968. [o książce pt. Poczta do Nigdy-Nigdy. Reporter w kraju koala i białego człowieka, 1968]

*   *   *

.

.

Wolanowski, nieustający globtroter, jest na pewno jednym z najbardziej znanych w Polsce reporterów - w tym klasycznym, dziennikarskim znaczeniu. Ceni sobie aktualność, informację szybką i wnikliwą, kiedy trzeba - podbudowaną statystykami, kiedy trzeba - anegdotą, frapującym opisem, dramatycznym zdarzeniem, sensacją.

J. Doliński, Ludożercy też ludzie, Życie Literackie, nr 51 - 52, 21-28.12.1969. [o książce pt. Z zapartym tchem, 1969]

*   *   *

Reportaże z wędrówek o szerokim zasięgu geograficznym: od ulic Warszawy do australijskiego buszu i Nowej Gwinei. Autor przystaje na dłużej w Monte Carlo i Paryżu, gdzie w toku studiów nad zgnilizną kapitalistyczną sumiennie zwiedza kasyno gry i co lepsze restauracje.

Maria Danilewicz Zielińska, Kultura (Paryż), nr 1-2 / styczeń - luty 1970. [o książce pt. Z zapartym tchem, 1969]

*   *   *

.

.

Upał i gorączka, jak większość książek Wolanowskiego, jest również reportażem z odległych, egzotycznych krajów. Fascynuje jednak nie opisem nieznanego kontynentu, lecz rzeczową relacją o chorobach i cierpieniach ludzi żyjących w zacofanych regionach świata.

Autor nie mający z medycyną nic wspólnego, z chwilą gdy podjął się - na propozycję Światowej Organizacji Zdrowia - opisu miejsc, warunków i metod pracy tej instytucji, zrobił to tak, że czytający ma wrażenie, iż towarzyszy reporterowi w jego wędrówkach lądem, wodą i powietrzem do rejonów objętych straszliwymi schorzeniami, gnębiącymi miejscową ludność. Nazwy tych schorzeń nie mówią Europejczykowi prawie nic, albo bardzo mało. El Tor - malaria, leishmanioza - gorączka ślimacza, trąd - te nazwy pojawiają się od pierwszej do ostatniej strony książki.

Jolanta Klimowicz, Wędrówka szlakiem cierpienia, Służba Zdrowia, nr 36, 6.09.1970. [o książce pt. Upał i gorączka. Reporter wędruje szlakiem cierpienia, 1970]

*   *   *

Wolanowski odbył niezwykłą drogę. Śledząc ludzkie cierpienie i opowiadając o tym, jak się z owym cierpieniem walczy, musiał się sam wykazać nieprzeciętnym zdrowiem i wytrzymałością. Nie jest to reportaż z przewodników turystycznych. Wolanowski nocował w „długich domach” łowców głów - Dajaków, odwiedzał wsie trędowatych, dotarł helikopterem, łodzią - lub na piechotę - do położonych w głębi dżungli wsi. Dotarł do najgorszych, najbardziej zacofanych i najbardziej zakażonych ośrodków Indii, Borneo, Filipin, był w Brunei i w Sabah, w Hongkongu i Sarawaku.

Ma on do opowiedzenia rzeczy doprawdy niesamowite. Ale nie przesadza w ekspresji, przeciwnie, postępuje zgodnie z brytyjską zasadą „understatement”. [...] Opowiada o rzeczach nieprzyjemnych. Robi to jednak z humorem i zadumą, nie gardzi anegdotami, wręcz lubuje się w nich. Jako zaś rasowego reportera pasjonują go ciekawostki, które zbiera kierowany węchem myśliwskiego psa.

Rezultatem jest książka, która opowiada o sprawach poważnych, często tragicznych, ale czyni to w sposób przystępny dla każdego. Spokojnie i rzeczowo opowiada nam o dzisiejszym świecie. O świecie XX wieku.

Kazimierz Dziewanowski, Reporter na szlaku cierpienia, Nowe Książki, nr 17, 15.09.1970. [o książce pt. Upał i gorączka. Reporter wędruje szlakiem cierpienia, 1970]

*   *   *

W cywilizacjach rozwiniętych wielkim jest zmartwieniem ochrona naturalnego środowiska. Zmartwienie słuszne, tylko sam termin obłudny. To co pragniemy chronić, to środowisko najdokładniej wypreparowane z elementów niepożądanych - natura wynaturzona w bardzo rozmyślny sposób! W środowiskach rzeczywiście naturalnych ludzie żyją marnie i krótko. Przeludnienie, głód, ciemnota, choroby to tylko różne strony jednej wielkiej elementarnej niedoli. [...] Wolanowski to chyba najczęściej szczepiony dziennikarz polski, ponieważ stale jeździ do dalekich krajów. Ale szczepienia nie chronią przed każdą chorobą. A już zupełnie nie ma szczepionki na zachowanie odporności psychicznej. [...] Polecam reportaż tym, którzy rzuciwszy okiem na skrzydełko książki pomyślą „ten sobie jeździ”... A jeździ, jeździ, ale wygody nie szuka i często zagląda tam, skąd inni nawialiby natychmiast z zamkniętymi oczami.

Wisława Szymborska, Lektury nadobowiązkowe, Życie Literackie nr 3, 20 01.1974. [o książce pt. Upał i gorączka. Reporter wędruje szlakiem cierpienia, 1973]

*   *   *

.

.

Dla Wolanowskiego istotny jest nie tylko fakt czy zdarzenie, ważny jest również sposób, w jaki do niego doszedł, w jakich okolicznościach doszedł do tego czy innego elementu reportażu. Pisze on sam na ten temat: „W reportażu boczne ścieżki są zazwyczaj znacznie ciekawsze niż szerokie gościńce”. Czytając jego opisy zdarzeń, krajów i ludzi, czytelnik towarzyszy jak gdyby reporterowi. To powoduje, że lepiej rozumie intencje autora, łatwiej wyciąga wnioski z rzeczy pozornie egzotycznych.

Henryk Kurta, Boczne ścieżki wielkiej niewiadomej, Nowe Książki, nr 22, 30.11.1973. [o książce pt. Westchnienie za Lapu-Lapu. Reporter na najdalszym Dalekim Wschodzie, 1973]

*   *   *

.

.

Wolanowski należy do tych pisarzy, którzy są doskonale przygotowani do tematu. Poczuwa się do odpowiedzialności wobec czytelnika. „Nie policzę nawet - powiada - ile kartek wrzuciłem do kosza a ile trafiło do drukarni”. [...] Talent opisywania swych doznań sprawia, że Wolanowski może o swojej książce powiedzieć czytelnikowi, iż jest ona jego „okiem i uchem”. Czyli – „zupełnie jakbyście sami przy tym byli”... To właśnie są walory opisywania wydarzeń z podróży, która autopsję przemienia w relację. [...]

Marian Podkowiński, Walizka pełna przygód, Nowe Książki, nr 7, 15.04.1978. [o książce pt. Walizka z przygodami. Reporter tu, reporter tam, 1977]

*   *   *

.

.

Talent pisarski Lucjana Wolanowskiego od dawna przełamał bariery oddzielające reportaż od literatury. Autor należy do grona najchętniej czytywanych i najczęściej tłumaczonych na obce języki naszych pisarzy. Trudno się temu dziwić, skoro łączy w swoich książkach pasję poznawczą, doświadczenia podróżnika i umiejętność obserwacji z nieprawdopodobnymi zaletami gawędziarza operującego świetnym językiem, ceniącego walory szczegółu [...].

Marian Butrym, Razem, 8.05.1983. [o książce pt. Ląd, który przestał być plotką, 1983]

*   *   *

Jest to lektura urocza, smaczna i żywo przypominająca tuwimowski „groch z kapustą” tyle, że przyrządzony na... mięsie z kangura. Rozwichrzona książka, w której trudno odszukać drugi raz śmieszną anegdotę i informację, wbrew pozorom zawiera ogrom wiedzy: o historii, obyczajach i życiu Australijczyków. Czegóż to nie można od autora dowiedzieć się o kangurzej krainie? Jest niemal wszystko! O telefonach i o latającym doktorze, o Wielkiej Rafie Koralowej i dzielnym acz nieszczęśliwym Flindersie, o aborygenach czyli dawnych Australijczykach, o czarnym łabędziu, herbowym ptaszku Zachodniej Australii, a także o starych dyliżansach, pylnych szlakach i australijskim winie. Nie można zresztą streścić owej książki! Można najwyżej przytoczyć ciekawe wyimki, ale i tak nie oddadzą one charakteru tej dość oryginalnej i przyciągającej pracy.

Janusz Wolniewicz, Australijski "cicer cum caule", Nowe Książki nr 51, grudzień 1983. [o książce pt. Ląd, który przestał być plotką, 1983]

*   *   *

Po powrocie z jednej ze swych podróży na Pacyfik L.W. opowiedział mi o przygodzie w Australii. W mieście, które zwiedzał, znalazł się na ulicy, gdzie po obu stronach były sklepy z konfekcją należące, tak wynikało z szyldów, wyłącznie do Żydów: Kaufman, Goldenberg, Rosenberg itd. Aż nagle i to w dobrym miejscu znalazł się przed sklepem, gdzie szyld głosił ogromnymi literami: „Konfekcja męska - Krzysztof Skrzetuski”. Zdziwiony wszedł do środka i zapytał p. Skrzetuskiego:

- Jak Pan tu może funkcjonować, przecież „oni” mogliby pana łatwo zlikwidować?
- Jest dokładnie wprost przeciwnie, odparł p. Skrzetuski, to oni mnie ten sklep kupili i pomagają prowadzić.
- Dlaczego? - zdziwił się L.W.
- Proste - odpowiedział p. Skrzetuski. Im to na rękę: kiedy bowiem ktoś powiada, że cała konfekcja jest w rękach Żydów, pada odpowiedź: a Skrzetuski? [...]

Leopold Unger, Widziane z Brukseli: Krzysztof Reagan czy Ronald Skrzetuski, Kultura (Paryż) nr 7-8 (490-491), lipiec - sierpień 1988.

*   *   *

Zebrał i opracował:
MARIUSZ KUBIK

Powrót do strony głównej